Krym – morze, Tatarzy i stepy. W naszym podróżniczym cyklu proponujemy tym razem wyprawę na Krym. Półwysep na Ukrainie dawniej chętnie odwiedzany przez Polaków, ale potem zapomniany. A szkoda, bo jest tu co oglądać.

Gdzie Rzym, gdzie Krym? O ile na pierwsze pytanie zawarte w tym powiedzeniu Polak odpowie prawidłowo bez mrugnięcia okiem, z tym drugim niejeden może już mieć kłopoty choć to po sąsiedzku, na Ukrainie. W czasach demoludów częściej odwiedzane przez naszych rodaków miejsce, w okresie po transformacji zostało przez nich nieco zapomniane. A szkoda, bo warto poznać miejscowy koloryt. Jak wygląda współczesny Krym od A do Z?
A gdzie was tam niesie?! – słyszy z reguły turysta, który anonsuje rodzinie czy znajomym wyprawę na Krym. Bo daleko, bo to dzika Ukraina, bo Ruskich pełno. Warto się nie zrażać, bo rezygnujemy z takich perełek jak…

Bakczysaraj – miejsce pielgrzymek Tatarów, bo to dawna stolica Chanatu Krymskiego i jeden z trzech zachowanych w Europie muzułmańskich kompleksów pałacowych. Dla nas pełna egzotyka nie tylko z racji licznych inskrypcji napisanych kompletnie niezrozumiałymi dla nas literkami czy minaretów. Urzeka sama zabudowa odmienna przez swoją lekkość i zwiewność od zamkowo-pałacowej, którą widać w naszej części Europy.

Czieburieki. Specjalność domu na tamtejszych plażach. Ciasto uformowane w półksiężyc pieczone na głębokim tłuszczu z mięsem w środku albo serem do wyboru. Potrawa z wariantami. Trójkątne smakołyki to już samsa. A ten sam farsz w naleśniku to już bardziej znane bliny.

Delfiny. Wyczyn Putina, który z nimi pływał, po wizycie wydaje się już nie tak niecodzienny, bo delfinów na Krymie krocie. Szczęśliwcy mogą wypatrzyć je w morzu, mniej fartowni mogą przebierać w delfinariach, których jest zatrzęsienie. Nawet w takich miejscach jak Zaozierne – miejscowości z kilkoma blokami na krzyż i przystankiem autobusowym, no ale i w kurortach jak…

Eupatoria. To ta nazwa niczym magnes przyciągnęła naszą rodzinkę na Krym. Na miejscu ten czar nieco prysł. Niewiarygodny tłok na plaży także po sezonie oraz pasaż dla urlopowiczów niczym nad polskim morzem. I z podobnymi atrakcjami jak zdjęcie z Batmanem czy stragany ze wszystkim i niczym, od których dzieciaka siłą nie odciągniesz. No ale jak kto lubi. Na plus wspomniane delfinarium czy całkiem atrakcyjne akwarium.

Fantastyczne widoki czekają na turystę nie tylko nad morzem. Warto zajrzeć w górskie rejony, gdzie chowa się choćby wspomniany Bakczysaraj z Czufut Kale nieopodal. Jednym ze skalnych miast, które powstały w tym rejonie przed wiekami.

Gaspra. Turyści zlatują się tu jak pszczoły do miodu za sprawą Jaskółczego Gniazda. Neogotyckiego zameczku zbudowanego przed stu lat na malowniczej skale. W dół mamy 40 metrów i przepis na wyjątkowy widok przyciągający ludzi gotowy.

Hrywna. Ukraińska waluta. Polak, by wiedzieć ile płaci na złote, przelicza ichnią cenę mnożąc ja razy dwa i dzieląc to przez pięć. Skomplikowane? Ale na stacjach benzynowych daje miły wynik. Mnożymy, dzielimy, a potem jeszcze raz, bo nie wierzymy, że benzyna wciąż gdzieś jest po 4,4 zł.

Ile oktanów tak a propos może mieć paliwo? Na jednej ze stacji zatrzymujemy się, bo niedowierzamy – 80.
Jałta. Jeden z symboli Krymu dla nas z niemiłym podtekstem, bo to tu, a właściwie w pałacu w sąsiedniej Liwadii pan Stalin tak się z sojusznikami ugadał, że ci nas zostawili w jego łapach.

Klify można oglądać także tutaj. To tzw. Mały i Wielki Atliesz, gdzie w Morze Czarne opadają ściany skał czasem i kilkudziesięciometrowe. Widok psuje jedynie opuszczona (niedokończona?) platforma wiertnicza postawiona parę kilometrów w głąb „morja”. Co tłumaczy dlaczego złomiarze się z nią jeszcze nie rozprawili.

Lwów. Oczywiście, że to nie Krym, ale w drodze na półwysep oczywiste miejsce przystankowe. Dlaczego? Polakowi takich rzeczy tłumaczyć nie trzeba.

Łada rządzi. Wszechobecny widok aut z innej epoki tłumaczy, dlaczego Unia Europejska póki co zatrzymała się na naszej wschodniej granicy.

Meduzy. Niestety w miejscowości Sztormowe, gdzie lądujemy na pierwszy tydzień wypędzeni przez tłumy w Eupatorii, w morzu wszechobecne. W ich natłoku pływać się nie da, chyba że ktoś lubi zapasy w kisielu. Sztormowe ma za to inne atuty. Szeroka piaszczysta plaża tuż po sezonie praktycznie pusta. Miła knajpka. Ogólny spokój. I delfiny w morzu, o których można potem opowiadać, że nam z ręki jadły.

Noclegi. Kto szuka, ten znajdzie bez wcześniejszych rezerwacji. Wspomniane Sztormowe – tu kwatera dla osób, które nie muszą mieć plazmy i klimy w pokoju, czeka już za 40 zł za całość. Dużo większy Sudak to już 80 zł, no ale summa summarum źle nie jest.

Obołon – jedna z najbardziej rozpowszechnionych marek ukraińskich piw. W knajpie nawet za cztery złocisze, co tylko potęguje miłe wspomnienia z pobytu.

Policji na Ukrainie unikaj – radzi każdy, bo zatrzymują i za byle co mandaty obcym wlepiają. Ominąć, łatwo powiedzieć – jak za czasów ZSRR stoją na każdej rogatce przy wjeździe i wyjeździe z danego miasta, szlabanem witają cię też tam, gdzie Krym się zaczyna. Albo nie są tacy źli, albo mamy szczęście. Żadnej kwoty wypisanej na mandacie przeliczać nie musieliśmy.

Rozgardiasz. To najdelikatniejsze słowo, którym można określić to co dzieje się na polsko-ukraińskiej granicy, która po drodze na Krym nas przecież czeka. Tu panuje jeszcze inna epoka. Równie ważna jak paszport jest karteczka z adnotacją, ile osób wjechało danym autem do królestwa celników, by tyle samo wyjechało. Sęk w tym, że po 10 minutach pan z kałachem odbiera ją bez sprawdzania. No, ale praca dla człowieka jest, a kierowcy czują respekt.

Stepy. Mickiewicz w „Sonetach krymskich” nie kłamał. Przemierzając bezkresne bezdroża faktycznie „wóz nurza się w zieloność i jak łódzka brodzi”.

Twierdza w Sudaku. Jeden z dowodów jak zawiła potrafi być historia. Kto by się spodziewał, że aż tutaj w czasach swojego największego rozkwitu dotarła średniowieczna Republika Genueńska? Bo to za jej panowania w tych stronach forteca stanęła i stoi nadal choć Genua skurczyła się do granic li tylko miasta.

UFO. Czyli Polak na Krymie. Spotkać krajana może i nie jest tak trudno, ale dla miejscowych nasza nacja z racji turystycznego odwrotu stała się ewenementem. Państwo może z Polski? – pyta nieśmiało kelnerka z knajpki w Sztormowem, gdzie się stołujemy. – Zgadłam! – krzyczy z zadowoleniem, gdy słyszy potwierdzenie, bo na zapleczu robili sobie zakłady, a ona wygrała.

W błocie też można się kąpać. Koło Eupatorii praktyka bardzo popularna, bo to zagłębie leczniczej mazi, którą miejscowi smarują się na miejscu albo zabierają w plastikowych reklamówkach na zapas.

Związek Radziecki wiecznie żywy. Ulice Lenina wszechobecne jak alkohol na polskim weselu, a i widok nieusuniętych sierpów z młotami często uderza po oczach. No, ale to też historia, dla której warto pooddychać klimatem Krymu.

Turystyka

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!